a raczej przeznaczony do modyfikowania początek. Zastrzegam sobie prawo do zmian w treści, jak również przypominam, że ta historia jest w całości moją własnością. To tyle w kwestiach prawnych ^^
Treść zasadnicza, czyli prolog i wprowadzenie:
Końcówka sierpnia roku 1988 była wyjątkowo gorąca. Dochodziła godzina dwudziesta druga, kiedy Martha Rivens, wolontariuszka prowadząca charytatywny sierociniec odebrała dzwoniący telefon.
-Halo?
-Czy to pani Martha Rivens? - w słuchawce zabrzmiał rzeczowy kobiecy głos.
-Tak, to ja, o co chodzi?
-Z tej strony funkcjonariusz Edith Licorice. W sześciu różnych miejscach miasta znaleziono wózki i koszyki z dziećmi, powiadomiliśmy odpowiednie służby, jednak państwowe domy dziecka są obecnie przepełnione, a Judy poleciła mi dzwonić do pani. Jak zrozumiałam zajmuje się pani takimi przypadkami, lecz...
-W jakim wieku i jakiej płci są to dzieci?
-To dziewczynki, mają około roku, nie wyglądają na spokrewnione - w tle słychać było powoli narastający płacz - czy mogę liczyć na pani pomoc?
Martha zaczęła rozważać wszystkie za i przeciw. Wpierw pomyślała o swojej długoletniej przyjaciółce Judy, i jej zmęczona życiem twarz rozjaśniła się uśmiechem. Judy kochała dzieci, nieraz przekazywała Marcie na chwilową opiekę lub na stałe zakwaterowanie w sierocińcu dzieci pochodzące z naprawdę różnych miejsc i okoliczności, lecz zawsze częściowo lub całkowicie łożyła na ich utrzymanie. Po rozważeniu postawy Judy Martha zastanowiła się, czy jej placówka da radę zmieścić sześć małych dziewczynek, lecz zaraz przypomniała sobie, że właśnie dzięki dotacji Judy mogła wraz z Giną dobudować kolejne piętro i przeprowadzić generalny remont, więc z ewentualnymi nowymi lokatorkami tłoku nie będzie. Przypomniała sobie niepisaną dewizę sierocińca "Dzieci to przyszłość, nawet jeśli tu będzie ich przeszłość". Podjęła decyzję.
-Kiedy mogę je odebrać?
-Och, naprawdę? Zgadza się pani? No, najlepiej byłoby jak najszybciej, Jimmy zaczął narzekać na hałas.
-Będę tam za godzinę. - zapowiedziała Martha i rozłączyła się. Wrzuciła na siebie palto, zabrała kluczyki i ruszyła do samochodu słusznie nazywanego przez miejscowych "dzieciowozem". Było to auto specjalnie przystosowane do wycieczek na komisariat, z tylnymi siedzeniami przerobionymi na coś w rodzaju kojca. Około pięciu minut po dwudziestej drugiej była już na drodze. Ruch był o tej godzinie mniejszy niż się spodziewała, a ludzie zaczynali traktować ją na równi z ambulansem, więc dotarła na miejsce po trzydziestu minutach. Podeszła do drzwi i zadzwoniła. Edith wyszła po krótkiej chwili niosąc dwa koszyki. Leżały w nich dwie śpiące dziewczynki, jedna z nich miała rudawe pasemko na głowie.
-Były z nimi kartki, chyba komuś zależy, aby później znaleźć te dzieci. Ta z rudym kosmykiem nazywa się Claire, a ta druga Tiana. - podała jej koszyki, a Martha oceniwszy ich stan umiejscowiła je na przednim siedzeniu. Edith zniknęła w drzwiach, i po chwili wróciła z trzecim koszykiem i dzieckiem na ręku.
-Ona była w wózku. Nazywa się Vicky, a ta w koszyku Sy - zająknęła się - Syena. - Martha włożyła Vicky do łóżeczka z tyłu samochodu, a na wolne miejsce włożyła koszyk z Syeną. Edith już była z powrotem z dwoma ostatnimi sierotkami.
-Na te dwie lepiej uważać. Na oko mają spore nieścisłości genetyczne. Obejrzałam sobie włosy tej jednej, są idealnie szare, a to jest zasadniczo niemożliwe. Nazywa się Dyane. Ale ta druga jest jeszcze osobliwsza. Ma na imię Moira i ani gram pigmentu, jeżeli wyjdzie na słońce to może się spalić po kilku minutach.
-Na pewno sobie poradzimy. Mam nadzieję, że nie ma zniszczonego wzroku. Cóż, lepiej je już wezmę. Są śpiące.
-Do widzenia pani, życzę szczęścia! - powiedziała Edith i wróciła na komisariat. Martha zapakowała dziewczynki do samochodu, wsiadła i uruchomiła silnik. Chciała jak najszybciej dotrzeć do placówki i zameldować nowe lokatorki. Lecz zanim dojechała do ośrodka była już tak zmęczona, że postanowiła przenocować dzieci u siebie. Podjechała pod swój dom i zaczęła je wyciągać. Kiedy wyciągała Moirę, Dyane się obudziła i zaczęła rozpaczliwie płakać, więc Martha musiała wziąć i ją. Kiedy były znowu tuż obok siebie, dwie medyczne osobliwości, Dyane się uspokoiła i ponownie zaczęła przysypiać. Pozostałe dziewczynki były zbyt zmęczone żeby reagować jakkolwiek na wyciągnięcie z samochodu. Martha rozkwaterowała je po salonie, ustawiła elektroniczną nianię, przebrała się w koszulę nocną i poszła spać. To był długi dzień.
Obudziła się w środku nocy zlana potem. Serce waliło jej jak oszalałe. Przez jej głowę przepływała w kółko jedna myśl: "Co się stało? Co się do cholery właśnie stało?". Kiedy doszła do siebie, stwierdziła, że pójdzie się napić. Wstała z łóżka i zrobiła kilka kroków. I wtedy to coś wydarzyło się znowu. Nagle odczuła naraz chyba wszystkie istniejące wrażenia wzrokowe, słuchowe, dotykowe, węchowe i o dziwo smakowe. Odwróciła głowę i spojrzała do ciemnego salonu. Podeszła powoli do przełącznika i wcisnęła przycisk. To co ujrzała...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz